Counter


View My Stats

piątek, 5 marca 2010

Z innej beczki...

Pośmiejmy się :-))))

http://statichg.demotywatory.pl/uploads/201002/1267373968_by_HiCZoK_500.jpg

Kultura

Jeden z dyskutantów o wykształceniu zwrócił moją uwagę na ciekawy fakt.

Ludzkość na drodze jej rozwoju popychały wynalazki. Od wynalazku krzemiennego tłuka, poprzez koło, kielnię, murarską zaprawę, druk, machinę parową, silnik Diesla... aż po telefony komórkowe lasery i laptopy. Powiedzmy sobie brutalnie i szczerze, iż bez machiny parowej nie dalibyśmy sobie rady i nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy, a bez sonetów Szekspira - a jakże! Oczywiście te sonety wzbogacają kulturalny dorobek ludzkości, ale dlaczego "w towarzystwie" rozmawia się o nich właśnie, a nie o najnowszym odkryciu fizyków kwantowych?

Dlaczego za człowieka kulturalnego uważa się kogoś, kto nie ma pojęcia, do czego i jak się używa suwmiarki czy amperomierza, a wpuszczony do pierwszej lepszej chemicznej pracowni wywołałby efekt na miarę ucznia czarnoksiężnika albo adepta Gildii Alchemików z Ankh-Morpork, a na biegłego w swym fachu inżyniera budowlanego wszyscy spojrzą jak na totalnego głąba, gdy się okaże, że nie ma pojęcia, kim był Cezanne, lub czym ostatnio zaskoczyła wszystkich jakaś gówniara okrzyknięta odkryciem pokolenia przez "żury" nagrody Nike?

Jednym słowem - dlaczego przymiotnik "kulturalny" zarezerwowali dla siebie wyłącznie huma - ich mać! - niści?

czwartek, 4 marca 2010

Stosy stosów kłamstw.

Nie sposób zagrozić Inkwizycji w dziedzinie siły skojarzenia ze średniowieczem, złowieszczy trybunał wydaje się być soczewką skupiającą (zniekształcającą) powszechne wyobrażenie o epoce Villona i Chaucera. Nie sposób z kolei wymienić zjawiska o którym tak wielu ma do powiedzenia tak wiele, tak małe mając do tego prawo (legitymizuje wiedza). Codziennie wylewa się miliony słów, traktujących o bliżej nieokreślonym tworze, wyzutym z jakiegokolwiek powiązania z historycznym odpowiednikiem. "Inkwizycja" i katalog wyświechtanych frazesów, którymi się o niej dyskutuje jest probierzem naszych poglądów, inkwizycją straszy się dzieci, inkwizycją wyjaśnia się epokę, inkwizycją uderza się w przeciwnika, manifestuje niechęć do kościoła. Posługujemy się mitem, osadzony w najsilniej zmitologizowanej epoce, co z kolei tworzy mieszankę wybuchową. Zajmijmy się legendą inkwizycji... białą. Dlaczego białą? Dla równowagi, bo takim samym gwałtem na historii jest posługiwanie się kategoriami zbrodni przeciw ludzkości, totalitaryzmem kościoła wieków średnich (mówimy o wiekach średnich, nie opierając się powszechnemu prądowi, który podmywa wysepki wiedzy leżące gdzieś w zakurzonych bibliotekach, mówiące o rozwiniętym społeczeństwie prześladowczym dopiero od XVI w. ale renesans to taka ładna epoka była, chłopi przestali być średniowieczni, miasta przestały być brudne aka średniowieczne, a wszyscy umówili się, że spoglądamy z dumą (no dobrze niewolniczo...) na antyk- nie burzmy tego sielskiego obrazu, jest zbyt użyteczny aby wołać o prawdę- ot można rozpisać ładny schemat, w którym co druga epoka będzie skłaniała się ku pięknu i postępowi), co dukanie z emfazą przaśnej apologii pióra Ziemkiewicza. Na temat czarnej legendy pisałem zresztą na wiadomym forum.
Czym była herezja? W początkowych wiekach chrześcijaństwa naturalną drogą do wykucia spójnej doktryny, naturalną społecznie, bowiem Jezusowi przy całym szacunku do jego wspaniałej kondycji intelektualnej nie chodziło zapewne o wywołanie- przetykanego fizycznym niszczeniem przeciwnika- sporu filozoficznego. Nieważne- kościół rozgościł się w rzeczywistości feudalnej, stojąc jeszcze głównie na augustyńskiej podbudowie. Co więcej XI wiek będący szczytem średniowiecznego partykularyzmu pozwolił myśleć o porzuceniu roli wykonawcy świeckiej władzy, na rzecz jej sprawowania. Powstają monopole, dzikie, lesiste tereny stają się doskonale działającymi komórkami- parafiami. Ewangelizacja dociera w zwulgaryzowanej formie do wsi. Wraz ze wzniesioną, jeszcze nie posiadającą ostatecznego kształtu budową pojawiają się krety, gotowe wszystko wniwecz obrócić. Moce szatańskie czekały jakieś V wieków pozbawionych problemu herezji, aby ze wściekłością uderzyć w bastion chraistianitatis. Kacerze w Orleania, jeszcze z niepewnością traktowani Eudo i Leutrand, Robert Mnich co zbawia prostytutki, Piotr z Bruis co bezcześci krzyże, Speroni co mówi, że sakramentów nie ma, cała gama bardziej gregoriańskich od Grzegorza VII kaznodziejów smagających symonię z bratem nepotyzmem. Gdzieś z Bizancjum przenika zgubna dualistyczna zaraza, która świętymi rękami katarów tworzy quasi kościół. Pojawia się Waldes co obcować chce ze słowem Pana nie jego komentarzem. Przeciwdziałanie procederom spada na barki biskupów, którzy winni co roku doglądać trzody i bystrym okiem wyłapywać czarne owce. Ale biskupi są różni, leniwi, często lokalni patrioci, często niezbyt gorliwi. Należy stworzyć instytucję niezależną, coś na kształt missi dominici Karola. Zdarzają się wśród nich tacy, którzy twierdzą, że całą pewnością Wino może zamienić się w ocet, ale ocet w wino nigdy. Jak twierdził zresztą jeden z najwybitniejszych i najuczciwszych inkwizytorów Benard Gui- wiele jest rzeczy szczególnych- w jej procedurze. U wszystkich oskarżonych domniemywano winę, sędzia zaś był zarazem oskarżycielem. Oskarżyciel- sędzia z reguły uznawał zeznanie (jeśli było ich wiele) niekorzystne dlla przesłuchiwanego. Fakt nie różniło się to od sądownictwa świeckiego, jeśli nawet to na korzyść inkwizycyjnego. Jednak ktoś kto tak wiele różnych, odrębnych przejawów niesprawiedliwości zebrał z najrozmaitszych źródeł i połączył w zorganizowaną całość, był wynalazcom nie mniejszym od tego, kto pierwszy zmieszał w odpowiednich proporcjach niezbędne nieszkodliwe składniki: saletrę, węgiel drzewny, siarkę. Co prawda jak pisze Mikołaj Eymeryk"tortur nie wolno powtarzać" ale za chwilę spieszu z rozwiązaniem formalnym "jeśli nie wyłonią się nowe dowody, wówczas zaiste wolno, nie ma wszelako zakazu odnośne do kontynuacji (tortur)", Pegna dodaje wykorzystywane przez apologię zastrzeżenie odnośnie do brzemiennych kobiet, które wyłączono z tortur, precyzując "toteż jeśli prawdy nie sposób ujawnić inaczej jak tylko torturami lub groźbą , musimyc zaczekać aż dziecko wyda na świat" oczywiście wymienić można multum przykładów odstąpienia od procedury na korzyść oskarżonego, przejawów miłosierdzia i zrozumienia. Dodać należy przed kolejnymi ciosami, że inkwizycja nie byłą przyczyną nietolerancją tylko jej objawem. Oskarzycieli zazwyczaj chroniła anonimowość, co prawda osoba oskarżona mogła wskazać swoich wrogów, którzy zostali wyłączeni z postępowania, tylko kto zna choć połowę nieprzychylnych sobie osób, któż nie byłby zaskoczony, że jest wśród nich tylu dotychczasowych przyjaciół. Obrońcy- koronny przykład apologetów. Niezwykłej wartości dopóki nie uświadomimy sobie, że coraz częściej obrońcy przypisywano poglądy bronionej przez niego osoby, dlatego chętnych nie mogło być wielu. Przecież podszept szatana mógł kierować obrońcą, podszept był też przyczyną skomplikowanych pytań którymi bombardowano często nie mających pojęcia o doktrynie ludzi. Przesłuchania były najeżone fortelami, podchwytliwymi pytaniami, które stawiano z przekonaniem, że heretyk korzysta z pomocy perfidii diabła. Iluż niewykształconych w doktrynie, a zadziwiających znajomością Pisma waldensów dało się nabrać, ileż begardów, mistyczek Wolnego Ducha. Często słyszymy o czasie łaski w którym każdy mógł się przyznać do herezji bez konsekwencji. A jednak przyznanie musiało się wiązać z ujawnieniem pozostałych heretyków we wspólnocie. Heretycki coming out musiał wiązać się z mocowaniem z własnym sumieniem, bo dla ujawnionych nie było już żadnego usprawiedliwienia. Musimy też mieć na względzie, że kuszącą była wizja przejęcia majątku heretyka, nie ważne czy skażona była cała rodzina, czy tylko ojciec odmawiał przysięgi, konfiskowano ruchomości a dom najczęściej niszczono z zakazem zasiedlenia na ziemi skażonej. Ale przecież-słyszymy- inkwizycja nie zabijała, ona tylko oddawała w ręce władzy świeckiej. Jak pisze Vacandarda- jedej z bardziej umiarkowanych apologetów "Chcąc uspokoić własne sumienie [inkwizytorzy] uciekali się do innego sposobu. Wydając heretyków w ręce świeckiego ramienia błagali funkcjonariuszy państwowych, aby działali z umiarem i unikali "wszelkiego przelewu krwi i wszelkiego niebezpieczeństwa śmierci". Niestety była to czcza formuła. Wyobraźmy sobie takie ślepe narzędzie, prostego człowieka egzekwującego wyrok boski, ileż musiało być w nim gorliwości (często na pokaz ), nierzadko poczucia zaszczytu, stawiania siebie jako wykonawcy sprawiedliwego wyroku.

WYKSZTAŁCENIE

Posty kilku zacnych respondentów skłoniły mnie do zdania pytania:

JAKIE NAPRAWDĘ MACIE WASZMOŚCIOWIE WYKSZTAŁCENIE?

I co tak naprawdę pożytecznego umie dziś młody Polak, który z dumą powiada o sobie, że studiuje marketing, organizacje pracy i zarządzania, politologię, stosunki międzynarodowe, czy rozmaite inne techniki manipulowania ludźmi, jak dziennikarstwo figurowe, czy socjologię z przeszkodami?

Za wrednej komuny młodzi ludzie studiowali chemię, elektronikę, budownictwo, architekturę, medycynę i tak dalej. Wszystko to były nauki konkretne, dające umiejętności przydające się absolwentowi i społeczeństwu.

Taki typ kształcenia jest jednak kosztowny. Trzeba urządzić laboratoria, pracownie, wyposażyć je w odpowiedni sprzęt i zgromadzić kadrę fachowców z prawdziwego zdarzenia.

Organizacja Wyższej Szkoły Marketingu Wyczynowego na Przyrządach nie wymaga żadnych niemal pieniędzy. Wystarczy znaleźć jakiś budynek, powiesić na nim elegancko wyglądające tablice z nazwą szkoły, kupić na początek kilkaset kilogramów kredy i gąbki, parę rzutników z demobilu, wziąć w leasing kilka komputerów, zaangażować paru znajomych i akurat bezrobotnych z powodu redukcji na uczelni docentów (specjalizacja nie ma znaczenia, marketingu może uczyć każdy, byle miał tytuł), ustalić wysokość czesnego uwzględniając warunki miejscowe i jazda z koksem!

I potem można już przytaczać dumne statystyki, z których wynika, że obecnie studiuje kilkakrotnie większa ilość młodych ludzi, niż za komuny…

Ale co z tego? Co tak naprawdę umie absolwent Szkoły Dziennikarstwa Ekstremalnego i Ekologii Stosowanej (dość często te szkoły, dla zmylenia przeciwnika łączą w nazwach bardzo różne kierunki)?

Może głos zabierze kilku młodych ludzi, aktualnie studiujących nauki rozmaite?

środa, 3 marca 2010

Mleko

Przy okazji "bitwy o Baton" dotarło do mnie, że człowiek jest jedynym ssakiem, który jako dorosły spożywa mleko i jego przetwory. Czy ktoś może mnie oświecić, dobrze to, czy źle?
Kot, czy pies wypije mleko, owszem, ale jest mu to tak naprawdę obojętne - i robi to tylko wtedy, gdy poda mu je człowiek.

Pojęcie integracji

Witam drogich blogowiczów :). To znowu ja, Marcin Przybyłek.

Tym razem zachęcam do zapoznania się z pierwszym rozdziałem Antyporadnika (nie drugiego Antyporadnika, tylko pierwszej części), pt. "Integracja". Mam nadzieję, że po lekturze nie tylko się posprzeczamy, ale też pośmiejemy...

1. Integracja

Jest to podstawowe pojęcie, używane przez Biznesowe Grono Pedagogiczne (BGP)[1]. Jaśnie oświeceni twierdzą, że człowiek sukcesu to…

Ach, zapomniałbym wspomnieć o czymś arcyważnym. Zanim powiem, co twierdzą oświeceni na temat człowieka suckesu, mam do Ciebie, Droga Czytelniczko / Drogi Czytelniku, prośbę: potraktuj tę książkę interaktywnie. Czytaj ją z długopisem / piórem / ołówkiem / markerem w dłoni. Dopisuj własne komentarze na marginesach, podkreślaj ważne stwierdzenia, uwieczniaj osobiste protesty i wykrzykniki, w których będziesz zawierał / zawierała wyjaśnienia, dlaczego się ze mną nie zgadzasz. Rób rysunki i schematy, wykorzystaj miejsce na końcu książki na własne uwagi. Już dosyć czasu spędziłeś / łaś milcząc. Wyżyj się. Ta książka nie została napisana po to tylko, by zaprezentować moje zdanie na ten, czy inny temat. Nie. Powstała ona przede wszystkim po to, by Ciebie sprowokować do myślenia, dywagowania, dyskutowania. W sumie nie ważne jest to, co myślę ja, bo książek, w których autor prezentuje własne poglądy powstały tysiące. Ważne jest, co TY MYŚLISZ i te właśnie myśli uwiecznij. Tak więc myśl!, pisz, notuj. Jeśli zbraknie miejsca w środku książki, zacznij mazać po okładce, biurku, na spodniach (najlepiej kolegi) i rękach własnych tudzież obcych. W przypływie dobrego humoru możesz domalować na moim zdjęciu wąsy, brodę i włosy na głowie, pieprzyki, znamiona, tatuaże i cokolwiek, co przyjdzie Ci do głowy.

Skoro wyjaśniliśmy już sobie, w jaki sposób ta książeczka powinna być czytana, powróćmy do meritum, czyli do pojęcia integracji. Ostatnie zdanie przed powyższym akapitem brzmiało tak: „Jaśnie oświeceni twierdzą, że człowiek sukcesu to…” …indywiduum zintegrowane, skupione na sukcesie, wiedzące, czego chce i stawiające sobie jasne cele, które są:

– szczegółowe,
– mierzalne,
– osiągalne,
– realistyczne,
– określone w czasie,
– i tam dalej.

Co w skrócie jest określane bardzo sprytnym, przyznam, mianem SMART (specific,
measurable, achieveble, realistic, timed). Należy dodać, że człowiek sukcesu to osobnik zawsze pachnący, modnie ubrany, mający spinkę w krawacie i wypastowane buty. Nadmienimy, że Półbóg, którego rozpoznamy po słowie „dyrektor” na wizytówce, zamiast guzików przy mankietach będzie nosił spinki. Człowiek zintegrowany codziennie rano wygłasza hasło:

IT ŁYL BI E ŁANDERWFUL DEJ TUDEJ
(tłum. z ang. „to będzie eee, wspaniały dzień dzisiaj”)

Po czym planuje najbliższe dwadzieścia cztery godziny i wykonuje plan co najmniej w 95 procentach, choć zawsze stara się zrobić więcej, bo doskonale wie z indoktrynujących kaset magnetofonowych, że dopiero przekroczenie setki stawia go po stronie aniołów. Stara się więc pozostawać w biurze po godzinach i promiennie się uśmiechając, pracować dla siebie, ponieważ wie doskonale, że jest self-employed[2]. Ach, byłbym zapomniał. Regularnie powtarza (w samochodzie, przy goleniu, ewentualnie w wucecie):

AJ EM DE BEST, AJ EM DE BEST, AJ EM DE BEST etc.
(tłum. z ang. „ja jestem najlepszy, ja jestem najlepszy, ja jestem najlepszy itd.”)

Uważa przy tym, by nie przyłapała go żona, jadący przed nim kierowca (we wstecznym lusterku) czy inny szarak nierozumiejący sekretów biznesowego sukcesu. „Osobnik Zintegrowany” (OZet) wie, że sukces jest najważniejszy, cokolwiek by oznaczał: sprzedaż pięciu ton sznurówek, dwudziestu tysięcy śliniaczków, pięćdziesięciu metrów sześciennych drewna czy zredukowanie kosztów produkcji o jedną dziesiątą procenta przez skrócenie kabla czujnika temperatury w produkowanych przez jego firmę samochodach. Sukcesowi poświęci czas, zdrowie i rodzinę. „Sukces” to słowo wymawiane przez niego w co drugim zdaniu (czasami zastępuje je dźwiękiem „wygrać”, ewentualnie win – czyt. łin). Sensem jego życia jest sukces. Nie pytaj jednak OZeta (proszę nie rymować) o sens życia, bo wprawisz go w zakłopotanie. Skróć jego drogę myślową i od razu zapytaj o sukces. Wtedy tryby w jego głowie się nie zatrą, a zapytany będzie miał cudowne odczucie, że sunie drogą gładką i przewidywalną.

Człowiek zintegrowany ma zawsze świeży oddech, choćby wypił na czczo pięć kaw i nic nie jadł do południa. Jest nieodmiennie opanowany, profesjonalny i zharmonizowany. „Profesjonalizm” to jego kolejne ulubione słowo. Nie bardzo wie, co ono oznacza, najczęściej wiąże je z czystą koszulą, nowym krawatem, czasami butami dobrej firmy czy punktualnością. Rzadko termin ten kojarzy mu się np. z komunikatywnością, przeciwnie, im bardziej coś zagmatwane, upstrzone zawiłymi schematami i trudnymi słowami, tym bardziej w jego mniemaniu „profesjonalne”.

OZet pozbawiony umiejętności refleksyjnego spojrzenia na świat oprze się na tych dwóch słowach („sukces” i „profesjonalizm”) i dzięki temu w miarę beztrosko przeżyje znaczną część swojej ziemskiej egzystencji. Ale nie wszyscy przecież są tak bezmyślni.

I tutaj dochodzimy do Twoich odczuć, Droga Czytelniczko / Drogi Czytelniku: czy wizja ta nie wywołuje w Tobie serdecznego śmiechu? A przecież właśnie takie postawy są propagowane, powielane i wzmacniane zarówno przez tych, co na górze, jak też innych, znajdujących się na dolnym krańcu biznesowej drabiny. Aby w pełni unaocznić, w jaką ślepą uliczkę prowadzi przekonanie, że integracja jest kluczem do szczęścia, a jej osiągnięcie to jedynie kwestia zorganizowania, zadam proste i jednocześnie tragiczne w swym wydźwięku pytanie:

JAK CZĘSTO W CIĄGU DNIA CZUJESZ SIĘ ZINTEGROWANY / zintegrowana?

Nie musisz mi odpowiadać[3], bo prawdę znam i bez tego:

PRAWIE NIGDY.

Bardzo dobra odpowiedź. Czy gra Pani / Pan dalej?

Człowiek nie jest bytem zintegrowanym, jak chcieliby tego czarodzieje spod znaku BGP[4]. Dlatego często ma chandrę zwaną powszechnie dołkiem, bywa smutny, zdarza się, że ogarnia go zniechęcenie czy zwyczajne i jak najbardziej ludzkie zdenerwowanie. Moja małżonka stan ten określa bardziej dosadnymi stwierdzeniami:

MOJA MAŁŻONKA: (Gdy szuka czegoś i nie może znaleźć, a czas nagli:)

Zaraz mnie rozp...![5]

MOJA MAŁŻONKA: (W trochę innych sytuacjach, zazwyczaj rano, podczas pospiesznego sznurowania zimowych butów, które oprócz sznurówek mają, tak dla ozdoby, dwa paski ze sprzączkami.)

(Ostrym, przenikliwym szeptem:)

Zaraz… zacznę… krzyczeć!

Stan dezintegracji jest zwyczajnie wpisany w naszą egzystencję. Szanujące się i głębokie teorie rozwoju osobowości nie traktują pojęcia integracji jako synonimu zdrowia, bo wiedzą aż nadto dobrze, że po krótkim okresie, w którym czujemy się lepsi, ładniejsi i spójniejsi (bardziej „profesjonalni”), przychodzi czas, w którym świat nabiera barwy popiołu, a mili i życzliwi ludzie, którzy nas dotychczas otaczali, zamieniają się w stado osobników aroganckich i nieprzyjemnych. Dobry psycholog wie, że rozwój człowieka przebiega sinusoidalnie, czyli poprzez etapy integracji i dezintegracji. Ba, niektórzy mówią nawet (np. Kazimierz Dąbrowski w swojej teorii dezintegracji pozytywnej[6]), że dezintegracja jest ciekawszym i wyższym stopniem rozwoju człowieka niż integracja. Twierdzą, że tylko w fazie wewnętrznego rozdarcia istnieje miejsce na miłość, empatię, współczucie i zrozumienie dla drugiego człowieka. Trudno nie przyznać im racji. No bo jak człowiek zintegrowany – skupiony na sobie i swoich celach – może zrozumieć kogokolwiek oprócz siebie samego? Przepraszam, zadałem za trudne pytanie, a to przecież podręcznik dla biznesmenów. Więc ułatwię Ci, Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku[7], zadanie i wyjaśnię, że Osobnik Zintegrowany (OZet) jest niczym monolit: nadzwyczaj skuteczny, bardzo sprawnie działający, niemarnujący czasu na wewnętrzne konflikty (których, nota bene, po prostu nie ma) i – co z mojego punktu widzenia bardzo ważne – postrzegający innych ludzi wyłącznie przez pryzmat własnej osobowości. Mówiąc prościej, taki ktoś jest przekonany, że wszyscy są do niego podobni i żyją według takich samych praw jak on. Ergo, nie rozumie innych ludzi. Ergo ergo – OZet to bezrefleksyjny głupiec, co już raz pośrednio udowodniliśmy. (Szkoda, że w ramki tego nie przyoblekłem.) Lecz, ponieważ jest zorientowany na osiąganie założonych przez siebie celów, bardzo często się zdarza, że zyskuje nad innymi przewagę, a w rezultacie – władzę. Aby całej tej historii dodać pikanterii, wspomnę, że opisany typ integracji znajduje się w teorii dezintegracji pozytywnej na samym dole rozwojowej drabiny i nosi nazwę integracji, nomen omen, pierwotnej.
Aby Cię, Drogi Czytelniku / Droga Czytelniczko (zrobimy panom przyjemność, dobrze, miłe panie?), nie pogrążać w rozpaczy, wygłoszę teraz pierwszą uwagę życiową:

UWAGA ŻYCIOWA NR 1

WRZUĆ POJĘCIE INTEGRACJI DO ŚMIETNIKA, NISZCZARKI DOKUMENTÓW CZY WRĘCZ DO TOALETY, BO PRZEZ WIĘKSZOŚĆ ŻYCIA POZOSTANIESZ W STANIE WIĘKSZEGO BĄDŹ MNIEJSZEGO ROZBICIA (i bardzo dobrze). INTEGRACJA STANIE SIĘ TWOIM UDZIAŁEM, JAK DOBRZE PÓJDZIE, NA EMERYTURZE. A JEŚLI NIE, ZAWSZE pozostaje NADZIEJA W magicznym momencie tuż przed śmiercią (podobno wtedy doświadczamy integracji ostatecznej).

Nie licz na integrację w czasie pracy, bo zdarza się ona z reguły na urlopie (oczywiście pod warunkiem, że nie jest to ukochany – zwłaszcza przez panie – wspaniały wypoczynek pod namiotem z leniwym współmałżonkiem popijającym piwo i gromadą rozwrzeszczanych dzieci, które wszak mają swoje prawa). Nie miej poczucia winy, że jesteś niezorganizowany, bo każdy człowiek taki jest, gdy wykonuje pracę, której[8]:

a) nie cierpi,
b) nie lubi,
c) nienawidzi,
d) nie znosi,
e) nie szanuje,
f) nie rozumie.

A bywa, że praca biznesmena / menedżera właśnie taka jest. Nawet jeśli komuś się wydaje, że rozumie jej charakter, założenia i sens, złudzenia pryskają w obliczu prostych ludzkich pytań. Co ma na przykład powiedzieć biedny specjalista do spraw marketingu, gdy wraca do domu i słyszy pytanie synka:

SYNEK: (Nie skażony myślą biznesu.) Co ty, tato, robisz w pracy?

TATA: (Skażony.) Jestem specjalistą do spraw marketingu. (Powodowany wyćwiczonym odruchem, wręcza dziecku wizytówkę.)

SYNEK: (Patrzy na kartonik i obraca go w rączce.) Ale co robisz?

TATA: (Milczy, bo nie rozumie pytania.)

SYNEK: (Widząc, że tata nie rozumie najprostszego pytania na świecie.) No, budujesz mosty, samochody, leczysz ludzi, gasisz pożary czy tropisz przestępców?

TATA: Zajmuję się marketingiem.

SYNEK: Czyli co robisz?

TATA: (Skręcając linę, na której za chwilę się powiesi.) Wmawiam ludziom, że nie mogą żyć bez nowego szamponu i proszku do prania.

Nie martw się! Uśmiechnij się! Twoje obrzydzenie do własnej pracy to naturalny, zdrowy odruch! Oznacza, że nie jesteś stracony / stracona! Jeśli jeszcze zastanawiasz się, o co w tej robocie chodzi, jeśli jeszcze zadajesz sobie niebezpieczne pytanie:

CO dobrego daje MOJE ZAJĘCIE?

Ewentualnie:

Co moje zajęcie WNOSI DO DOROBKU LUDZKOŚCI?

... to znaczy, że myślisz! W związku z tym nie musisz w tym momencie wyrzucać tej książki do kosza, lecz możesz czytać ją dalej. (Uwaga dla tych, którzy dotąd nie zrozumieli, o co chodzi: proszę znaleźć najbliższy kosz na śmieci i cisnąć do niego trzymany przez Was egzemplarz. Proszę czynność tę wykonać z energicznym rozmachem i dziecięcą beztroską. Wam też się coś od życia należy.)
Reasumując: Zapomnijcie o psychicznej integracji jako idealnym stanie duszy. Życie przebiega przez światło i cień. Ów cień to dezintegracja, i – uwierzcie – też jest potrzebna. Żeby to lepiej zrozumieć, sięgnijmy niezbyt głęboko do neurofizjologii. Nasza kora mózgowa jest zlateralizowana, co oznacza, że lewa i prawa półkula robią różne rzeczy. Oto na przykład lewy płat nadoczodołowy odpowiada za generowanie dobrego samopoczucia. To właśnie dzięki temu obszarowi czujemy się „profesjonalnymi ludźmi sukcesu”. Dodać jednak należy, że lewa półkula, intelektualna, odpowiedzialna za mowę, wytwarza również mechanizmy obrony osobowości, czyli te myśli i stanowiska, dzięki którym sami siebie oszukujemy i tak odkształcamy docierające do nas fakty, by pasowały do wytworzonego uprzednio obrazu świata, innych i swojego własnego. Ergo, lewa półkula mózgowa stara się nie dopuścić do rozwoju. Nagrodą za zastój jest dobry humor. Co w takim razie robi półkula prawa? Nie jest zbyt rozmowna (mówi na poziomie trzy-, pięciolatka), za to świetnie odczytuje emocje (na przykład wyraz twarzy, w którym zaszyfrowana jest szczerość bądź nieszczerość) i dostrzega fakty, które zaburzają dotychczasowy obraz rzeczywistości, obraz innych i nas samych. Niestety, w przeciwieństwie do swojej symetrycznej siostry generuje złe samopoczucie, coś w rodzaju melancholii. Mam nadzieję, że wniosek nasuwa Ci się, Droga Czytelniczko / Drogi Czytelniku, sam: za integrację odpowiada półkula lewa (która słabo odczytuje emocje i sama się oszukuje), zaś za dezintegrację odpowiada półkula prawa, która umożliwia rozwój dzięki rezygnacji z jednowymiarowego widzenia świata.

Mam nadzieję, że w tym momencie w miarę jasno widać, że to właśnie okresy „dezintegracji” umożliwiają rozwój i „profesjonalizm” oraz osiągnięcie „sukcesu”.

W powyższych akapitach użyłem koniecznych skrótów i uproszczeń, by nie zamęczać Was zbędnymi szczegółami, ale zapewniam, że niczego nadmiernie nie zafałszowałem (cały czas szczypałem się w lewą rękę, by pobudzić prawą półkulę).

[1] Zajrzyj Droga Czytelniczko / Drogi Czytelniku na koniec tej książeczki, a znajdziesz więcej interesujących i zupełnie nieciekawych skrótów literowych. Przy okazji wyjaśniam, że przez termin Biznesowe Grono Pedagogiczne rozumiem zespół ludzi, którzy kształtują filozofię pracy biznesmena, zapominając przy tym o zdrowym rozsądku. Są to autorzy nielicznych książek, trenerzy niektórych szkoleniowych firm oraz przede wszystkim sami zainfekowani i infekujący innych biznesmeni znajdujący się na różnych szczeblach hierarchicznych zależności.
[2] Jeśli ktoś nie rozumie tego terminu, niech porzuci nadzieję, że go gdzieś dalej wyjaśnię. Proszę zapytać kolegów, wujka lub dozorcę. Może oni będą wiedzieć.
[3] Droga Czytelniczko / Drogi Czytelniku.
[4] Biznesowe Grono Pedagogiczne
[5] Tutaj muszę przeprosić wszystkich purystów językowych i osoby wrażliwe. Wiem, że wyraz, którego użyłem jest bardzo brzydki, ale, proszę mi wierzyć, czasem tak trzeba. Poza tym, jak mawiają starzy górale i niektóre, nieco młodsze góralki, bywają chwile, w których należy przesadzić, żeby ujawniło się coś, co dotąd grzecznie siedziało pod spodem i tylko lekkim zapaszkiem manifestowało swą zgniłą obecność.
[6] Moim, i nie tylko moim, zdaniem, jest to najlepsza teoria traktująca o rozwoju osobowości. Dąbrowski napisał wiele książek. Zainteresowanym polecam wstępnie dwie: „Dezintegrację pozytywną” (Państwowy Instytut Wydawniczy, 1979) oraz „Moralność w polityce” (Wydawnictwo Bis, 1991). Dziełka te niedużą mają objętość, więc szybko je przeczytacie, a nauka będzie wielka.
[7] Dosyć dużo się narobiło tych czytelników / czytelniczek, należy więc wprowadzić jakiś ład. Wyjaśniam więc, że moim ładem będzie bezład i nie zamierzam się z tego tłumaczyć. Raz będę umieszczał na początku rodzaj męski, a innym razem żeński, nie zwracając uwagi na to, ile razy było tak, a ile odwrotnie.
[8] Niepotrzebne skreślić.

poniedziałek, 1 marca 2010

Pierwsza machina

To znowu ja, Marcin Przybyłek :). Pierwszy post był strzałem z bardzo grubej rury, bo światopoglądowej. Tym razem strzelę z nomen omen rury grubej, ale z zupełnie innych powodów. Proponuję lekturę innego podrozdziału drugiego Antyporadnika, tym razem zatytułowanego:

PIERWSZA MACHINA

Instytucjami dbającymi o swoich przyszłych klientów są z całą pewnością producenci słodyczy. Moja córeczka nie miała pojęcia, czym są cukierki, ciastka, herbatniki, delicje, batoniki i inne paskudztwa, dopóki nie poszła do przedszkola. Tam wpychano w nią codziennie na deser coś z sacharozą i szybciutko się nauczyła, jakie to „dobre”. Gdy zaczęliśmy z nią chodzić do sklepów i supermarketów, nie miała szans nie zetknąć się ze słodyczami, bo przecież spryciarze sklepowi wiedzą jak i gdzie ułożyć „dziecięcy” towar, by progenitura go dostrzegła. Dlatego właśnie słodycze są przy kasach, ułożone nisko, tak, żeby dzieciaczki miały czas i możliwość bliskiego przyjrzenia się smakołykom. Rodzic podczas płacenia jest skupiony na czynnościach finansowych, stąd „zanudzanie” dziecka: mamo, kup mi lizaka! Trwa naprawdę krótko. Czym jest „zanudzanie”? To termin psychologiczny w służbie marketingu: czynność wykonywana przez dziecko - proszenie o zabawkę / ciacho / dowolny towar. Spece od tematu badają, jak często musi zajść „zanudzanie” by rodzic został złamany. Bo o to chodzi.

Po wyjściu z przedszkola dziecię jest osobą, która bardzo często myśli o słodkościach. Trzeba pamiętać, że tak mały człowiek jest głupi per se, więc bez odpowiedniego trymowania zaakceptuje wszystko, zwłaszcza, że takie smaczne. Zmierzam do tego, że w odpowiedniej sytuacji, w konfrontacji z tacą, na której są cukierki, dziecko zwyczajnie jest bezradne.

Berbeć trafia do szkoły i co tam spotyka? Wielkiego przybysza z kosmosu, który za naprawdę niewielkie pieniądze oferuje krótką podróż na planetę Cukrowy Haj: AUTOMAT Z BATONAMI I SŁODKIMI NAPOJAMI. No rzesz jasna, przejasna cholera! Co, przepraszam, takie piekielne machiny robią w szkołach??? Jaka jest ich edukacyjna wartość? Może uczą zachowań obywatelskich czy innych cnót? Ależ… uczą! KONSUMPCJI! To są dopiero wielcy, cierpliwi, niezawodni, stalowi NAUCZYCIELE, którzy nigdy się nie męczą, nigdy nie krzykną (w przeciwieństwie do belfrów organicznych), czekają dzień i noc, nawet się nie potrzebują uśmiechać, bo i tak wiedzą, że wcześniej czy później WYCHOWAJĄ przyszłych konsumentów. Jakie, pytam, ma dziecko szanse w zetknięciu z takim potworem? Żadnych. Małe pieniądze zawsze się znajdą – z kieszonkowego, od koleżanki, od kolegi, a za szklaną taflą kolorowe opakowanka kuszą, oj kuszą. Na nic wychowanie rodziców, na nic napominania i ostrzeżenia, dzieci po prostu nie mają jeszcze dojrzałego aparatu samokontroli, są bezkrytyczne wobec siebie, pokusa jest za silna, za barwna, zbyt magnetyczna. I co robią dzieci nasze kochane? Konsumują! Brawo! Świetnie! Właściciele machin z pewnością się cieszą, niech im baton w gardle stanie. Dziewczynki i chłopcy idą do szkoły z myślą, co też ciekawego kupią sobie w czarnej skrzyni, kanapki robione przez troskliwe mamy są nie jedzone, zaś słodycze – i owszem. Jak dzieci dorosną, nie będą sobie wyobrażały dnia bez słodyczy. Interes będzie się kręcił. No jak, nomen omen, słodko. A my możemy tylko kląć i nawet kopnąć grata nie wypada, bo „zakłócimy porządek publiczny”. Ja mam propozycję dla właścicieli takich machin. Niech sobie je postawią w domach, a jej bliźniaczki w siedzibach wszystkich znajomych i rodziny. I niech od razu zwiększą ubezpieczenie zdrowotne. W końcu firmy ubezpieczeniowe też muszą zarobić. A i enzozy także.I interes będzie się kręcił.